sobota, 11 marca 2017

1. Wróble


„KARMISZ SZALEŃSTWO, A ONO ŻYWI SIĘ TOBĄ” — przyśpiewka Rumpelsztyka z Once upon a time. 

*** 
Gryzą mnie pokrwawione ubrania. Z trudem powstrzymuję się od zerwania ich z siebie jak furiat. Zaczynam kołysać się na krześle, a w głowie wciąż gra mi irytująca, ale wpadająca w ucho melodia, nucona nagminnie przez Guliwera. „Nocą stare cmentarzysko zmienia się w obozowisko. Trupie czaszki z okolicy to półmiski tej dziewicy”. Wystukuję na blacie jej rytm, dygocząc.
Budzę się gwałtownie, jak po mrożącym krew w żyłach koszmarze. Błądząc dłońmi po tułowiu, w wyjątkowo idiotyczny sposób sprawdzian, czy wszystko jest na swoim miejscu. Żelazna logika gra pierwsze skrzypce. Żadnej krwi. Żadnych dziur. W porządku. To był koszmar, tylko koszmar. Na szczęście ostatnio mi tak one nie dokuczają, zwłaszcza te najgorsze i najbardziej kołujące — ze snem w śnie. Kiedy nigdy tak naprawdę nie ma się pewności, co było tylko snem, a co zdarzyło się naprawdę.
Nie myślę o tym dłużej, bo zdaję sobie nagle sprawę z tego, że coś nie gra. Biorąc pod uwagę mój refleks szachisty, względnie szybko dociera do mnie absurdalność sytuacji. 
Leżę na lodowatej podłodze, którą wyłożono szarawymi płytkami. Ręce znów trzymam sztywno wzdłuż tułowia — niczym ułożony w trumnie nieboszczyk. Burzę na chwilę ten ład, próbując znaleźć komórkę. Nic z tego. Jak ją zgubiłam... Mama mnie ukrzyżuje głową w dół. 
Wzrok wbijam w sufit, niegdyś zapewne biały, i niemal się nie ruszam. Mam mętlik w głowie, reaguję z jeszcze większym opóźnieniem niż zazwyczaj. Z zaintrygowaniem marszczę brwi i podkurczam nogi. Z nadzieją spoglądam na swój strój, wierząc ślepo, że może nieco rozjaśni mi sytuację. Mam na sobie długą prawie do kolan, niebieską szatę. Dziwne. Nerwowo sprawdzam, czy włożyłam bieliznę. Znów wszystko w porządku. Pojawiają się skojarzenia ze szpitalem, słusznie? Szumi mi w uszach, nie trawię tego uczucia. Podpieram się dłońmi o podłoże i zostaję w takiej pozycji. Miałam wypadek i trafiłam do szpitala? Czy rodzicom i Laurze nic się nie stało?
Rozglądam się dookoła — uderza we mnie pustka. Gdy na próbę wstrzymuję oddech, panuje niemal śmiertelna cisza. Przeraża mnie myśl, że jako lunatyk pałętam się po nieczynnych oddziałach. To całkiem logiczne, choć nie brakuje i luk. Sekcje z pewnością z niejednego powodu zamykano na klucz. Lunatykując, nie rozbroiłabym przecież zamka. Nawet z premedytacją i pełną trzeźwością nie potrafiłabym się nigdzie włamać, choćby uzbrojona w legendarną wsuwkę do włosów. Niewątpliwie przydzielenie mnie w zeszłym roku na Obozie Herosów do domku Hermesa było nielogiczne.
— Jest tu ktoś? — pytam odruchowo, częściowo się podnosząc.
Czuję się naprawdę głupio, ale to jedyne, co przychodzi mi do głowy. Zawsze ze znajomymi naśmiewam się z bohaterów horrorów, którzy zadają tak infantylne pytania. Zupełnie jakby morderca miał odkrzyknąć: Tak, jestem Horacy i planuję cię zabić. Właśnie zamawiam pizzę. Chcesz zjeść wspólnie swój ostatni posiłek? Nie jestem pewna, czy wolę szukać wyjścia w samotności, czy znaleźć bratnią duszę. Kto wie, na kogo można trafić w takim miejscu? Może lepiej siedzieć cicho i udawać, że się nie istnieje, niczym Harry Potter w ciasnej komórce pod schodami? No chyba że się ma zaawansowaną klaustrofobię.
Dziewczyno, nie panikuj. Czołgam się w stronę ściany, by podeprzeć się o nią. Tak, bezpieczniej. Lepiej osłaniać plecy. Nie czuję się zbyt dobrze, kręci mi się w głowie. Rozmasowuję pulsujące skronie, w których dudni krew. Nogi mam jak z przysłowiowej waty, ledwo nimi poruszam. Potrącił mnie autobus czy co? Och, Lena, bez patosu.
Wiodę wzrokiem dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby pomóc. Pomalowane jasnoniebieską farbą, obdrapane ściany nic mi nie podpowiadają. Tablice ogłoszeń świecą pustkami. Wzdycham pod nosem, podnosząc się. No to chodźmy w lewo. Jedną ręką nadal podtrzymuję się ściany, tak dla pewności.
— Zgubiłaś coś.
O mój Boże. Niemal podskakuję z zaskoczenia, słysząc cichy pomruk za sobą. Przez chwilę towarzyszy mi myśl, że może lepiej w ogóle się nie oglądać, tylko od razu czmychać, gdzie pieprz rośnie. Jednak odwracam się z zaintrygowaniem, zaciskając mocno zęby. Czuję, że gorzko pożałuję.
Przede mną stoi wysoka, zakapturzona postać w długiej, prawie ciągnącej się po ziemi, ciemnej pelerynie. Na wychudzoną, trupio-bladą twarz padają cienie. Prezentuje się tak upiornie, że odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z wysłannikiem z zaświatów. Niech będzie jak u Pratchetta, nie Eriksona... Dostrzegam pojedyncze kosmyki platynowych włosów, które opadają na szerokie czoło przybysza. Sympatyczne towarzystwo, muszę przyznać.
— Dzień dobry — witam się.
Tajemniczy on przeszywa mnie spojrzeniem przeraźliwie pustych oczu. Jak u nieboszczyka. Wyczuwam wstrętną woń naftaliny, choć zmysł powonienia na ogół na niewiele mi się zdaje przez wieczny katar alergika. 
— Zgubiłaś coś — powtarza mężczyzna beznamiętnie, ledwo widocznie poruszając ustami. 
Wargi ma sine, jakby zamarzał, ale nie trzęsie się ani odrobinę. Tkwi nieruchomo ze splecionymi przed sobą dłońmi o długich, szczupłych palcach, niczym u pianisty albo złodzieja.
— Słucham? — wyduszam z siebie w końcu.
Coś utrzymuje mnie w bezruchu. Nie mogę lub nie chcę nawet drgnąć. 
Nieznajomy wyciąga powoli rękę i wskazuje miejsce za moimi plecami. Marszczę odruchowo brwi, lecz podążam za wskazówką wbijam wzrok w wytypowany fragment podłogi. Dostrzegam niewielki, srebrny łańcuszek. Podnoszę go z zaciekawieniem, po czym odpowiednio obracam. Na niewielkim trójkącie wygrawerowano A.V. Litery są zapisane prostą, wyraźną czcionką.
— To nie moje — tłumaczę, wpatrując się w subtelną ozdobę. 
— Twoje — stwierdza z odrzucającą pewnością, a, gdy spoglądam na niego, widzę, jak kąciki śliwkowych ust unoszą się nieznacznie. — To inicjały, Leno Mikler. Wiesz czyje, tylko odrzucasz ten fakt. Bo łatwiej. Taka kapryśna cecha natury człowieka, moja droga.
W mojej głowie automatycznie zapala się ostrzegawcza lampka. Wykonuję niewielki krok w tył, w nogach czuję mrowienie. Nie jestem pewna, czy podświadomość zaleca mi ucieczkę, czy podsyca zainteresowanie niecodzienną sytuacją. Zaciskam dłoń na naszyjniku, a przydługie paznokcie wbijają się boleśnie w skórę na nadgarstku.
— Kim... pan jest? Skąd mnie pan zna? To nie Sense8. Gdzie jesteśmy? Inicjały? V wskazuje na obcokrajowca, nikt nie przychodzi mi do głowy. — Kiedy się stresuję, jąkam niemiłosiernie i plotę bzdury, gubiąc się we własnych wypowiedziach. Dlatego nie oczekuję nawet, by rozmówca się w nich odnalazł.
— Dużo tego, bardzo dużo. Od zawsze sądziłem, że ludzie tracą mnóstwo czasu na niepotrzebne pytania. Jakby oczekiwali, że odpowiedź na nie przyjdzie sama, od razu, zrozumiała i jasna jak słońce. Ale ty chyba nie jesteś naiwna, prawda?
 Nie, wcale... Rozglądam się dookoła, ale korytarz nadal świeci pustkami, a głośny wrzask mimo wszystko wydaje się niewskazany. Próbuję wyczytać coś z twarzy dziwacznie ubranego mężczyzny. Wygląda przecież, jakby urwał się ze spektaklu o Hrabim Draculi. Lubię czarny humor, ale w filmach i książkach, a nie w prawdziwym życiu. Takie żarty przyprawiają mnie o dreszcze — mam dość zabawy w zagubioną, chorą Lenę.
— Od pytań wszystko się zaczyna — szepczę pod nosem, nie mając obranego celu. Drżę niemiłosiernie. Kocham się w Alicji w Krainie Czarów, ale nie znoszę absurdalnych sytuacji rodem z tej książki, bo popełniam w nich jeszcze bardziej irracjonalne pomyłki. — Pomoże mi pan? Czy mam iść dalej? To bardzo... dezorientujące? A pan wszystko komplikuje swoją... aparycją? Oczywiście może się pan ubierać, jak się panu żywnie podoba, naturalnie... 
— Sugerujesz, młoda damo, że ubrałem się nieadekwatnie do sytuacji? — pyta, taksując wzrokiem swoją pelerynę i całkiem niewinnie wzruszając ramionami. Co złego, to nie ja. 
— Może bym odpowiedziała, gdybym... wiedziała, jaka to sytuacja? Panu szkoda życie na pytania, a mnie na rozmowy, które nic nie wnoszą. Pomoże mi pan? Pracuje tu pan? Zabawia dzieci w tym... interesującym stroju? 
— Przeraża mnie częstotliwość pojawiania się w twoich wypowiedziach zwrotu pan. To taka odruchowa kurtuazja czy wyglądam aż tak staro?
Kilka razy otwieram i zamykam usta, nadymając się jak ryba. Gdy ekscentryczny nieznajomy spyta z błyskiem w oku, na ile lat wygląda, wywieszę białą flagę w geście kapitulacji. Bądź padnę trupem. Tak ewentualnie... Dłonie mi się trzęsą, więc nerwowo zaciskam je na śliskim materiale stroju.
— Powiedziałem ci więcej, niż myślisz. Założysz ten naszyjnik czy mam sobie jeszcze trochę poczekać? — Wzdycha teatralnie, marszcząc sugestywnie brwi. — Może oczekujesz specjalnego zaproszenia?
Nie znoszę takiego tonu. Nie mam zamiaru powtarzać bez końca, że naszyjnik nie należy do mnie. Po prostu zawieszam łańcuszek na szyi, nie wiedząc właściwie, dlaczego to robię. Chyba nie tylko dla świętego spokoju. Doznaję dziwnego uczucia — banalnego i patetycznego wrażenia, że dopiero teraz znajduje się on na swoim miejscu. Blisko mojego serca.
— Współpraca popłaca, dziewczę — przypomina mężczyzna karcącym tonem zawiedzionego wychowawcy, który spodziewał się więcej po jednym z uczniów. Jego blada, koścista dłoń nurkuje w kieszeni peleryny. Po chwili wyciąga ją, o dziwo pustą, po czym do mnie wysuwa. — Mam poprowadzić się za rękę, młoda damo?
Może frytki do tego? Wykrzywiam usta w wymuszonym uśmiechu.
— To konieczne? Ukryta kamera, test? Coś takiego? — mruczę. — Nie lubię pranków.
Wykonuję kolejny krok w tył, sięgając po naszyjnik. Może powinnam go zdjąć? Może należy do tego pana? Może to jakiś dziwny prezent? Potrząsam głową i wydaję z siebie krótkie westchnięcie.
— Nie rozumiem — niemal szepczę, niespokojnie wiodąc wzrokiem dookoła. Jednak nie myślę o ucieczce, ani przez sekundę, choć wydaje się to absurdalne. Jak cała sytuacja. — Boże, narzekam jak dewotka, ale nie mam siły.
Mężczyzna w oczekiwaniu przysuwa bezkrwistą dłoń jeszcze bliżej. Przeklinając w myślach własną głupotę, biorę tajemniczego nieznajomego za rękę. Czuję się jak naiwne dziecko, które złapało się na sztampowe zaproponowanie podwózki do domu. Przy pierwszym kontakcie spodziewam się lodowatej, przyprawiającej o dreszcze skóry, ale zostaję mile zaskoczona. 
Od dłoni mężczyzny bije przyjemne ciepło, tak kolidujące z groteskową aparycją. Nadal niepokoi mnie jego puste spojrzenie, choć nic nie mówi, nie przekazuje, nie odzwierciedla — chyba to w tych ciemnych oczach zdaje się najbardziej przerażające. Wolałabym czystą nienawiść — wiedziałabym, na czym stoję, i zdecydowałabym się na racjonalną ucieczkę lub wrzask a'la banshee, który czai się już od samego początku, czekając na chwilę sławy.
— O czym myślisz? — mężczyzna zadaje krótkie, acz wymowne pytanie, ściskając nieznacznie moją dłoń. 
Jakaś część mnie nagminnie powtarza komendę: wiej! Jeszcze nie jest za późno — kolejna dodaje swoje trzy grosze. To zupełnie nielogiczne — wtrąca się nawet ta pragmatyczna, najbardziej odpowiedzialna cząstka Leny Mikler. 
— Nie jestem pewna — odpowiadam szybko, wiedząc, że zawsze, gdy długo się namyślam, jeszcze bardziej nie wiem, co tak naprawdę uważam. — O wszystkim i o niczym? Chaos i pustka?
— Ciekawy z ciebie rozmówca, młoda damo — stwierdza rzeczowo, kiwając głową. Na demonicznej twarzy kwitnie delikatny, jakby stonowany uśmiech sympatii. — A co widzisz? Tego też nie jesteś pewna? Szala przechyla się w stronę chaosu czy pustki? Równowaga nie istnieje. To brednie dla głupców… idealistów, którzy nawet w złu chcą widzieć pożytek.
Nie muszę nawet chociażby pokrótce rozejrzeć się po korytarzu. Pamiętam aż nazbyt dobrze wysokie, niemal nagie ściany, pojedyncze krzesła, stolik, gdzieniegdzie skromne tablice ogłoszeń oraz niewielki strumień światła w głębi holu.
— Szpital. Wydaje się zwyczajny, tak na pierwszy rzut oka, szpital jak szpital. Ale coś jest nie tak. Nie chodzi o tę ciszę, opustoszenie i mój stan. Po prostu dałabym sobie głowę uciąć… no może rękę, że coś nie gra i to na poważnie. Gdyby nie to, nie rozmawiałabym z panem, a już na pewno nie trzymałabym pana za rękę. — Na moment przymykam oczy. Czuję napływające do nich łzy. Ściska mnie w gardle. — Wydaje się to jeszcze bardziej niedorzeczne, gdy wyszło na światło dzienne.
— Jeśli nie przestaniesz mówić tak oficjalnie, oboje sfiksujemy. — Hipokryta? — Zamiast dbać o odpowiednie maniery, zwróciłabyś uwagę na drzwi — doradza.
Nie potrafię odgadnąć, co kryje się za wyrazem tej nieprzeciętnej twarzy. Musi coś wyrażać, jak każda, choć za pozornie nieprzenikalną, starannie tworzoną osłoną.
Zanim pytam, o czym mówi, ponawiam oględziny, by nie wyjść na nierozgarniętą. Zirytowana wzdycham pod nosem, gdy dostrzegam rząd drzwi. Ciekawe. Nie było go wcześniej — to akurat mogę stwierdzić z pewnością. Wariuję? Tracę zmysły i mam niezrozumiałe halucynacje? Może ekscentryczny nieznajomy to tylko wytwór mojej upośledzonej wyobraźni?
Tłamszę chęć uszczypnięcia się w rękę, ponieważ wiem, że to bezcelowe. I najzwyczajniej w świecie głupie. Wykrzywiam mimowolnie twarz, ponownie kierując wzrok na towarzysza.
— Które wybierasz? — pyta mężczyzna, pokazując na pięcioro drzwi umiejscowionych w niewielkich odległościach przy przeciwległej ścianie. — Śmierć naturalna? Choroba? Wypadek? Samobójstwo? Morderstwo i zabójstwo?
To głoszą pomalowane na biało tablice — dziwi mnie wciąż świeży, intensywny zapach farby. Krwistoczerwony kolor napisów przywodzi na myśl same przerażające rzeczy. Za dużo myślę o śmierci. Powinnam skupić się na życiu.
Po co wyodrębnili morderstwo i zabójstwo? Różnica jest spora, ale nie zawsze ma znaczenie. A śmierć naturalna? To już w ogóle, bez sensu…
— Proszę pana, to n a p r a w d ę mnie nie śmieszy — jęczę ochrypłym głosem.
— Mnie także. N a p r a w d ę — przedrzeźnia. Po tej deklaracji wzdycha, jakby ze znużenia. — Wybieraj. Myślę, że pierwsze spokojnie możesz sobie odpuścić. Bo jesteś zwykłym człowiekiem, prawda?
Nie, surykatką.
Złudzenie pęka jak bańka mydlana. Siła, która wcześniej trzymała mnie w ryzach, nie daje już rady. Kręcę głową z niedowierzaniem, nienaturalnie szybko mrugając i bez słowa wyjaśnienia wymijając towarzysza. Próbuję iść szybko, ale nagłe, dziwne ukłucie w boku mi to uniemożliwia. Co się stało? Obraz staje się coraz bardziej niewyraźny, moja głowa pęka. Dom wariatów. Podążam jednak dalej, zacisnąwszy uparcie zęby i znalazłszy w sobie resztki ikry, która wcześniej drzemała.
Nic nie ulega zmianie — typowy korytarz ciągnie się w nieskończoność. Słyszę głos mężczyzny. Chyba mnie woła. Myśli, że się cofnę? Niedoczekanie. Wprawdzie nieznajomy nie jest szczególnie nachalny i zacięty, ale ma w sobie coś przekonującego. Zaciskam drobną dłoń na naszyjniku, mając ochotę zerwać go jak najprędzej. Jednak nie potrafię pozbyć się ozdoby, bo czuję, że wiele dla mnie znaczyła. Może nieznajomy w pewnym stopniu ma rację? Nie wszystko składa się na okrutne, horrendalne kłamstwo?
W zamyśleniu wpadam na… Z moich ust wydobywa się gardłowy wrzask, którego nie zdołałam powstrzymać. Przeraźliwie krzyczeć to akurat potrafię.
— Jjjak? — mruczę.
Mężczyzna marszczy czoło z politowaniem, a ja nerwowo taksuję otoczenie, chcąc zyskać na czasie. W oczy rzuca mi się stojąca w rogu miotła.
— Nawet nie próbuj. Tylko zrobisz sobie krzywdę, znając życie — ostrzega znajomy nieznajomy, a żal bije od niego nachalnie. — No wiesz, potkniesz się po drodze czy coś. Jak to ty. I nie uciekaj, bo to totalnie bez sensu. Ten korytarz będzie ciągnął się bez końca.
Zdumiewa mnie zróżnicowanie jego składni, jakby na osobę zakapturzonego składało się kilka urozmaiconych osobowości. Począwszy od współczesnego nastolatka, a skończywszy na szanowanym profesorze prestiżowej uczelni.
— Jeśli mi pan zaraz nie wytłumaczy, o co chodzi w tym wszystkim, zacznę krzyczeć — zapowiadam drżącym głosem, czując się jak wyjątkowy imbecyl. 
 — Po pierwsze, tłumaczę. Po drugie, czy masz powód do krzyku? — odbija piłeczkę, uśmiechając się lubieżnie. — Po prostu wybierz drzwi. Możesz próbować po kolei je otwierać, kiedyś trafisz. 
— Ja żyję — oznajmiam.
— Wybierz drzwi — upiera się nieznajomy.
— Nie umarłam — zapewniam, już z mniejszą pewnością. — Oddycham. Zimno mi. Czuję ból, mnóstwo bólu.
— Wybierz drzwi — powtarza.
— Nie. Umarłam.
— Wybierz. Drzwi.
Ze zrezygnowaniem podchodzę do drugiej pary, po czym wbijam wzrok w wymowny szyld: CHOROBA. Próbuję uspokoić galopujące myśli, które krążą niebezpiecznie wokół śmierci. Makabrycznych jej odsłon, stosów ciał i nieludzkich eksklamacji.
— Wciąż to czujesz, co? Czujesz, że to żaden żart, a ja nie kłamię — ocenia mężczyzna.
— Wie pan, o które chodzi, prawda? — pytam, mimo że jeszcze nie wiem, jak odbieram całe zajście.
Wierzę w wiele nadnaturalnych zjawisk, duchy, życie pośmiertne, a wszystko łączy się dracznie z zaistniałą sytuacją. Po prostu to czuję, stojąc nieruchomo i myśląc — stanowczo zbyt wiele — co powinnam uczynić. Spoglądam na towarzysza — kiwa głową. Wysyłam mu jednoznaczne spojrzenie  to dlaczego nie może mi pan powiedzieć i zakończyć ten cyrk? Nie odpuszczam, ale nie dociera do mnie żadna odpowiedź.
Biorę głęboki oddech i unoszę bladą, piegowatą dłoń, którą szpeci zaczerwieniona wysypka alergika.  
— Nie umarłam — szepczę. — Nie umarłam?
Nieznajomy widocznie nie zamierza się odzywać, więc naciskam klamkę, chcąc zamknąć oczy, by nic nie widzieć, przede wszystkim efektów kolejnych działań. Drzwi ani nie drgają, dlatego próbuję jeszcze raz. Okej, okej, to nic. Pierwsza opcja wydawała mi się wcześniej całkiem prawdopodobna, przynajmniej na tle pozostałych — mniejsze zło? Co ja robię? Rzeczywiście myślę, że tabliczki dotyczą tego, jak umarłam? Niedorzeczne, ale... Czytam stanowczo za dużo książek fantasy. Hej, Pratchett! Przecież oddycham i czuję ból, jak już mówiłam towarzyszowi od siedmiu boleści.
Podchodzę do kolejnych drzwi, bez najkrótszego słowa przekazującego sprzeciw czy zdziwienie. Już nie ucieknę, za późno, trochę konsekwencji. Chcę mieć wszystko jak najprędzej za sobą, porzucić niczym starą, nudną zabawkę. 
Nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam wcześniej, czego dotyczy moje ostatnie wspomnienie. Wydaje się równie martwe co rzekomo ja. Wszystkie zlewają się w całość, niezrozumiałą. Już niczego nie jestem pewna, pewność zostawiłam daleko za sobą.
WYPADEK. Cóż, ostatnio często się zdarzają. Nigdy nie wiadomo, kiedy na ciebie wypadnie i nie zdążysz zareagować, nim wylecisz przez przednią szybę samochodu. To muszą być te drzwi, nie ma innej opcji, muszą. Błądząc myślami przy rodzinie i Mai, próbuję je otworzyć, ale także bezskutecznie. Dziwnie zawiedziona, jeszcze bardziej przestraszona, idę dalej, unikając wzroku towarzysza jak ognia. Czuję się niepewnie — świadoma, że prowadzi bacznie obserwacje.
SAMOBÓJSTWO. Już mam kontynuować marsz, pomijając ten przystanek, gdy coś mnie zatrzymuje. Nigdy nie mów nigdy?
Nie muszę nawet wyciągać ręki — drzwi otwierają się z cichym łoskotem. 
Kręcę z niedowierzaniem głową, jakby ten infantylni gest miał tajemniczą moc i mógł sprawić, że wszystko, w co nie chce wierzyć, rozpłynie się w nicość. Nigdy bym tego nie zrobiła, nigdy, przenigdy. 
Nie wiem, jakim cudem utrzymuję się wciąż na nogach. Machinalnie usiłuję otwierać pozostałe drzwi i szukać nowych, ale to jak włamywanie się do skarbca bez znajomości jego rozkładu. Po mojej twarzy spływa zimny pot — dobrze, że nie krwawy. Nie ogarniam wszechogarniającego mnie uczucia, że poznałam prawdę i tylko prawdę.
Chłodne kalkulacje nie mają żadnego sensu, więc uderzam pięścią w ścianę — dla szalonego eksperymentu. Gdy przeszywa mnie ból, zaciskam mocniej dłoń. To nie było szczególnie mądre. Czuję się trochę jak desperat-masochista.
— Chyba trafiłam do szpitala, bo mi wyparował mózg — mruczę.
— Niegłupia konkluzja — ocenia mężczyzna, a ja mam ochotę wywrócić oczami. 
Przygląda mi się on z litością, co sprawia, że najchętniej wysłałabym mordercze spojrzenie w tamtą stronę, ale wątpię w jego siłę. Rachityk o dziecięcej twarzy nie nadaje się na straszydło.
— Trochę odwagi — zachęca. — Przejście przez próg jeszcze nikogo nie zabiło.
— Spierałabym się — szepczę, ale, teoretycznie nie mając nic do stracenia, decyduję się na przejście dalej. 
Ostatni raz oglądam się za siebie i zaskoczona stwierdzam, że zostałam zupełnie sama. Nie pozostał żaden ślad po surrealistycznym mężczyźnie o otępiałym spojrzeniu smutnych oczu. 
— Proszę pana? — nawołuję. — Panie... kosiarzu bez kosy?
Uderza we mnie samotność — mam ochotę wołać żałośnie mamę, jak mała dziewczynka, która zgubiła się w ogromnym hipermarkecie przypominającym skomplikowany labirynt z pułapkami na każdym kroku, tylko czyhającymi na bezbronne dzieci.
Po drugiej stronie dalej rozciąga się szpitalny korytarz, jakby przez sam jego środek postawiono ścianę i wstawiono drzwi. Już chyba za późno, by się wycofać — zwłaszcza że podpadałoby to zapewne pod poddanie. Prędzej zwariuję, biegając starą, niezmienną drogą. 
Maszeruję sztywno i niepewnie jak żołnierz, który zmuszony stawia się na zbiórkę — zwiastującą długą, może nawet wieczną, rozłąkę z wszystkim, co mu drogie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw po sobie coś więcej, a obiecuję, że nie tylko ja na tym zyskam.

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://cordragon.blogspot.com/